Pawlak: Mniej mówmy, a więcej róbmy

2017-07-28 16:09:31

Pawlak: Mniej mówmy, a więcej róbmy

Już w sobotę 29 lipca bełchatowianie zainaugurują sezon II-ligowy. Na pierwszy ogień GKS zmierzy się w Stargardzie z tamtejszym zespołem Błękitnych. Początek meczu o godzinie 17, a my tuż przed rozpoczęciem tego sezonu prezentujemy bardzo długą rozmowę z trenerem PGE GKS-u Bełchatów - Mariuszem Pawlakiem, który opowiedział nam o kulisach swojego przyjścia do Bełchatowa, o rundzie wiosennej, przygotowaniach do sezonu 17/18, ruchach transferowych i celach na ligę oraz Puchar Polski.


Adam Kieruzel (BELsport.pl): Zacznę od tego, jak trener trafił do Bełchatowa. Czy ktoś specjalnie musiał pana namawiać do przyjścia tutaj, czy po prostu była oferta, prezes widział Mariusza Pawlaka na tym stanowisku i tak oto się stało, że został pan szkoleniowcem "Brunatnych"?

Mariusz Pawlak (szkoleniowiec PGE GKS-u Bełchatów): - Kiedy ja przychodziłem do Bełchatowa mieliśmy bardzo napięty okres. Zawsze tak jest jeśli chodzi o miesiąc grudzień. Moja osoba była związana z Gryfem Wejherowo, a tam mieliśmy trochę inne spojrzenie na klub i poszczególne sprawy. Tak naprawdę po ostatnim meczu wiedziałem, że muszę stamtąd odejść i tak uzgodniliśmy z zarządem. Informacja była podana dopiero po Nowym Roku, natomiast ja wiedziałem, że tam kończy mi się praca, może czas na nowe wyzwanie w klubie z tradycjami i możliwościami, gdzie będzie można zrobić jakiś zdecydowanie lepszy wynik sportowy. Była informacja, że w Bełchatowie jest wakat, że trener Konwiński odszedł. Ciężko dokładnie powiedzieć co zaważyło o moim przyjściu. Kandydatów na trenerów było z pewnością dużo, chociaż za mocno w to się nie wdrażałem. Moja oferta zatrudnienia trafiła tutaj, byłem na spotkaniu z prezesem, porozmawialiśmy jak ja to widzę, jak prezes to widzi, jakie są możliwości klubu. To wszystko zostało odebrane pozytywnie jeśli chodzi o prezesa i zarząd, a po Nowym Roku dostałem telefon, że widzą mnie tutaj w roli pierwszego trenera. Na pewno się bardzo ucieszyłem, bo to było duże wyzwanie - wiedziałem w jakim miejscu był wtedy GKS. Po to są wyzwania żeby je przyjmować nie tylko kiedy jest kolorowo, ale i wtedy kiedy jest trochę trudniej, ale tak wygląda życie. Podjąłem się tej pracy i dziś dobrze to wspominam.

A.K.: Co przesądziło o tym, że nie udało się osiągnąć lepszego wyniku piłkarskiego. Organizacja w klubie, czy może poziom piłkarzy? Po przegranym wiosną 1:4 meczu z Gryfem trener Jarosław Kotas stwierdził, że na murawie w Wejherowie te mecze trzeba wywalczyć i wyrwać ze względu na stan tamtejszego boiska. Czy pan też tak do tego podchodził, czy jednak jakiś pomysł był?
- Praca tam wyglądała podobnie jak i tutaj. Oczywiście warunki do pracy były zdecydowanie gorsze, ale trzeba było sobie radzić. To co było możliwe z dyrektorem sportowym to próbował. Bardzo mocno pomagał i robiliśmy tam podobne rzeczy. Chciałem by zespół funkcjonował jak jeden organizm i naprawdę mieliśmy dobre mecze. Niekiedy byliśmy zdecydowanie lepsi od rywali, ale brakowało nam tego szczęścia. To jest piłka, ja nigdy przed wyjściem na mecz nie namawiam tylko do tego żeby zespół biegał, walczył. Drużyna ma grać w piłkę. Ich ma to cieszyć, mają tym cieszyć kibiców. Moje odejście z Gryfa spowodowane było kilkoma różnicami pomiędzy moją wizją, a wizją zarządu. Rozeszliśmy się normalnie jak ludzie. Porażka 1:4 w Wejherowie bolała, ale spotykamy się, rozmawiamy, jeśli trzeba coś załatwić też nie ma problemu. To jest normalne jeśli chodzi o naszą pracę i ważne jest to, aby nie palić za sobą mostów, bo może być sytuacja, że będziemy chcieli pozyskać zawodnika z tego zespołu i gdzieś ten kontakt jest, a nie chodzi o to by omijać klub i załatwiać coś za ich plecami. Dobry przykład to Robert Chwastek. Nie było żadnych problemów, szybkie zwolnienie, Robert był rozliczony z klubem, a niekiedy w takich sytuacjach kluby zachowują się złośliwie. Nie o to w tym wszystkim chodzi.

A.K.: Trzeba było się z kimś kontaktować, uruchomić swoje znajomości odnośnie tego czy warto w tym momencie przychodzić do GKS-u, czy jednak trener tak do tego nie podchodził?
- To nie chodzi o jakieś znajomości. Zatrudnienie w pracy nie polega na tym, że ktoś będzie pukał drzwiami i oknami i będzie prosił o przyjęcie. Wiemy, że najpierw trzeba wyjść z jakąś propozycją złożenia CV, ewentualnie przez jakiegoś managera. Wiadomo jak dziś ten świat wygląda. Podjęcie jakiejś decyzji zależy od osób najwyższych. Nie chciałbym się skupiać na kulisach mojego zatrudnienia, została wysłana tutaj propozycja mojej pracy i została ona przyjęta.

A.K.: Odniosłem wrażenie, że w trenerze zaraz po przyjściu do klubu jest taka siła, moc i energia do tego by z GKS-em najpierw krok po kroku się zapoznać i wywalczyć dobry wynik na koniec sezonu, a potem ewentualnie walczyć o coś więcej w II lidze. To było spowodowane właśnie tym, że klub ze Sportowej to pierwszy poważniejszy zespół z większymi tradycjami, który może pan zapisać w swojej karierze trenerskiej i traktuje to pan jako wyzwanie?
- Tak, oczywiście. Jest to poważny klub, poważne wyzwanie. Jeśli jest więcej trudności, coś się nie układa tak jakby się chciało i są widoczne problemy to nie można mówić, że zrobimy coś wielkiego, lub ułożymy coś z niczego. Każdego dnia musimy wiedzieć na co nas będzie stać i co musimy zrobić by stawać się lepszym. Większość zespołów na tym poziomie ma jakieś swoje problemy. Wiedziałem jak to wygląda w Bełchatowie, ale ja w tym tragedii nie widziałem. Głosy niekiedy były negatywne, ale po tym co było w Ekstraklasie, a jest w II lidze to musi być różnica. To normalne. Ja tych negatywów nie dostrzegam. Wiedziałem, że trzeba znaleźć plusy pracy, dojścia do zespołu, szybkiego zrozumienia i tego o co nam w tej pracy będzie chodziło. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień każdy coraz więcej rozumiał, nawet podkreślałem graczom, którzy nie wychodzili na mecze w podstawowym składzie, że muszą mieć wspólne spojrzenie na naszą grę, na naszą pracę, żeby przychodzili i zadawali jak najwięcej pytań. Trudny okres, bo oprócz Daniela Ciechańskiego i Adama Nowaka, którzy zimą dołączyli do zespołu to reszta zawodników została z jesieni i trzeba było do nich dotrzeć pojedynczo. Każdy jest specyficzny i różnie to przyjmuje, ale myślę, że większości się to udało. Zrobiliśmy 42 punkty, ale patrząc na dwa lub trzy  trudniejsze zwycięstwa to zawodnicy wykonali naprawdę ciężką i dobrą robotę, bo runda wiosenna była jedną z trudniejszych.

A.K.: Bo gdyby nie te dwa bądź trzy cięższe mecze wygrane to tabela mogłaby ułożyć się różnie...
- Dokładnie. Ja patrzę tutaj na Polonię Warszawa, która po awansie postanowiła się zimą zbroić jeśli chodzi o transfery i nazwiska, a zbyt wiele to nie dało i warszawianie spadli do III ligi dlatego na początku chciałem rozeznać zespół, nie ściągać zawodników z nazwiskami mówiąc, że tym co mieliśmy nie damy rady. Oczywiście to zawodnicy wykonali tą pracę i pokazali, że można, ale to nie jest tak, że gdzie by się nie poszło to od razu wszystko zatrybi i zawodnicy będa wiedzieli jak mamy grać. Po pierwszym tygodniu widać było, że są rezerwy w tym zespole, że można jeszcze z tego coś wyciągnąć, że nie trzeba ściągać graczy z zewnątrz, tylko poświęcić czas tym piłkarzom, których mamy. Liga pokazała. Tych porażek wiosną niestety było sporo co mnie jako trenera bolało, ale zdawałem sobie z tego sprawę, że takie momenty mogą być jeśli jeden, drugi czy trzeci zawodnik wypadnie z podstawowego składu to ciężko będzie go zastąpić. Daliśmy sobie czas i stwierdziłem, że nie będziemy tutaj robić wielkich rewolucji, dogramy tą rundę tym składem i wspólnie z całym sztabem szkoleniowym powyciągamy z tych zawodników co najlepsze.



A.K.: Jaką druzynę zastał pan przychodząc tutaj. Czy zmiany wprowadzone teraz latem już były gdzieś na początku w głowie, że tych graczy chce trener tutaj ściągnąć, a z kilkoma innymi się pożegnać.
- Jeśli chodzi o wiosnę? Na pewno było tutaj bardzo dużo młodych zawodników i wiemy teraz, że prym młodzieżowców wiódł Albin Maciejewski i Konrad Andrzejczak. Oni grali jesienią najwięcej i byli czołowymi młodzieżowcami. Wiosna pokazała, że są inne nazwiska, do składu wskoczyły zupełnie inne osoby. Ja od początku w sparingach też na nich stawiałem żeby przekonali mnie do pewnych rzeczy, rozmawialiśmy co muszą zmienić w swoich poczynianiach na boisku. W tym okresie kiedy miałem wybór innych zawodników, kiedy szukalismy młodych graczy zaczęli do tego projektu pasować właśnie inni dlatego ta rywalizacja młodzieżowców była bardzo duża. Oni przegrali tutaj pod względem sportowym. W każdym meczu czy ligowym, czy towarzyskim ta rywalizacja i walka o skład musi być. To nie jest tak, ze ktoś przyjdzie i od razu wskoczy do składu, bo trener tak chce. Każdy wie jaką jakość temu zespołowi daje i bez względu na wiek czy to jest Ryszka, czy Rachwał. Różnica jest duża, ale na boisku tej różnicy nie może być.

A.K.: Transfery z Gryfa dwa. Daniel Ciechański zimą, teraz Robert Chwastek. Ten drugi nabytek ciężko jeszcze ocenić, ale czy "Ciechan" nie zawiódł nieco pana nadziei, które były w tym napastniku pokładane?
- Daniel w Wejherowie przyszedł na początek ligi. Był numerem "1", ponieważ jeden z graczy miał kontuzję, drugi gracz musiał odejść ze względów pozasportowych i przez niektóre osoby z  zarządu było to odebrane, że ja go gdzieś w pierwszym zespole nie widziałem, ale nie należy wyciągać w tej sprawie więcej szczegółów. Postawiłem tam na Daniela, strzelił kilka bramek. Ta kadra w Gryfie nie była taka szeroka jak w GKS-ie. Pod koniec jesieni ta kadra nam się nieco okroiła. Kartki i urazy miały na to spory wpływ. Daniel przyszedł do GKS-u, dostał szansę w podstawowym składzie, ale nie pasował on do tego pomysłu i stylu, który teraz wdrożyliśmy. W treningu wyglądał on zupełnie inaczej, a totalnie inaczej w meczu. Szukaliśmy pewnych rozwiązań, pomógł on na pewno w meczu z Siarką u siebie, który wygraliśmy 3:0, a on wywalczył wtedy rzut karny i miał groźną sytuację. W jednym ze wcześniejszych spotkań zagrał również ciekawie, ale to było za mało, aby Daniela tutaj zatrzymywać. Życzymy temu młodemu zawodnikowi jak najlepiej.

A.K.: Po tych pięciu bramkach w rezerwach chyba na pewien bodziec można było liczyć?
- Ale to są rezerwy. Każdy mówi, że dobry mecz w rezerwach, bramki w rezerwach, asysty w rezerwach, ale to jest różnica. Zdaję sobie sprawę, że doświadczony zawodnik, który schodzi do rezerw ma robić różnicę. Jeśli ktoś schodzi do drugiej drużyny na mecz tak jak Daniel i strzela pięć bramek to może oczekiwań aż takich wobec niego w lidze nie ma, ale wszyscy mają nadzieję, że wtedy zawodnik zagra chociaż na tym przyzowitym poziomie i stworzy sobie kilka indywidualnych i groźnych akcji. Wielu zawodników w przodzie narzeka, że nie dostaje podań. Okej. Ja sobie z tego zdaję sprawę, bo są różne typy zawodników. Poziom II ligi nie jest taki żeby zawodnik nie mógł sobie sam wypracować sytuacji dobrym ustawieniem, dobrym przyjęciem kierunkowym, próbą oddania strzału na bramkę. Coś trzeba na tym boisku pokazać, a jeśli tego nie ma to oznacza, że trzeba trochę nad tym wszystkim popracować tylko kwestia tego czy jest na to czas.

A.K.: Rozmawialiśmy na pierwszym treningu przed sezonem 17/18, że gdzieś ta część graczy z rocznika 1996 odeszła, został jedynie ten trzon. Ta ostatnia runda była ostatnią kiedy mogli coś jeszcze trenerowi udowodnić, ale co dokładnie zadecydowało o tym, że z tej sporej grupy zostało ich zaledwie kilku?
- Ten przepis o tym, że muszą grać młodzieżowcy, na nas trenerach wymusza jakieś pomysły na budowę zespołu. Na tą rundę też obrałem jakąś ideę. Ja widziałem kto i jak znosił zwycięstwa, a jak porażki. To widać od razu po meczu, po pierwszym dniu, po tygodniu. My jako trenerzy musimy też patrzeć na reakcje, aby to wszystko pogodzić. Nie może być tak, że jak jest dobrze to jest super, a jak jest źle to mówimy ja dałem z siebie wszystko. Nie kończyłem psychologii sportu, ale miałem kilku trenerów z którymi można było porozmawiać, kilka procentów tej wiedzy zostało w mojej głowie co teraz w pracy trenerskiej mi pomaga. To pozwala mi wrócić myślami do danego trenera i spojrzeć na co najbardziej trzeba zwracać uwagę dlatego myślę, że to wszystko miało wpływ na tych, którzy tą rywalizację przegrali. Najważniejsze, aby zespół czuł, że wchodzi nowy zawodnik, który daje jakość i to co od siebie wymagamy. To jest najbardziej zdrowe i sprawiedliwe, choć trener nigdy nie jest sprawiedliwy, bo na boisko wybiega jedenastu graczy, kilku siada na ławce, a pozostała część nie łapie się do kadry meczowej. Tym złym jestem na pewno ja - to wiadomo, ale nie było z pewnością takiej sytuacji, że ktoś wyglądał słabo i wychodził w podstawowym składzie, bo wyjść musiał. Nie. W tygodniu zawodnicy pracują mocno na to wszystko, a jak na II ligę ta drużyna miała całkiem niezłe możliwości. Moim zdaniem gwarancji awansu ci piłkarze nie dawali dlatego do końca walczyliśmy o utrzymanie. W tym ostatnim okresie zadaniem młodzieżowca jest udowodnienie, że mogę już być tym seniorem. Dawid Flaszka, Mikołaj Bociek. Charakter tego drugiego zna chyba każdy i na boisku i poza nim. Ja nie mówię, że takich od razu lubię i kocham, ale miał on zadania w pewnych meczach. Wypełnił je i warto takiego chłopaka zatrzymać. Fakt, można ściągnąć takiego kolejnego z Polski nie mówię, że nie, ale po co skoro Mikołaj czy Dawid jest tutaj wychowankiem, oddaje serce tej drużynie. Nie robimy nic na siłę, mój wychowanek musi na grę zasłużyć. Są też sytuacje, że wychowankowie, którzy chcą grać w pierwszym zespole nagle gdy rozmawiamy o kontraktach to zaczynają robić problemy i faktycznie daje do myślenia to, że rozmawiając z innymi trenerami to tam gdzie są pieniądze, tam się zaczynają problemy, ale spokojnie do tego podchodzimy i myślę, że będzie duża kadra oparta na wychowankach, zawodnikach młodszych i starszych. Są kolejni w obserwacji, uczestniczy z nami w treningach młody bramkarz z rocznika 2003, ale chcemy żeby to był bodziec nie tylko dla niego, ale także dla innych, że jeśli się chce to można bez względu na wiek dostać swoją szansę. Dla mnie i trenerów jest ważne również to, aby między słupkami był wychowanek, a nie gracz sprowadzony. Zabieramy się powoli za te młodsze roczniki, za zawodników, którzy w treningach i meczach wykazują trochę jakości. Z jednej strony może to za szybko, ale oby to w przyszłości wyszło na dobre.

A.K.: Choć chyba najłatwiej ściągnąć na treningi pierwszego zespołu golkipera, bo zawodnicy z pola w tym wieku nie mają jeszcze warunków takich, by rywalizować z osobami dorosłymi i bardziej doświadczonymi?
- Oczywiście, ale nie wszyscy chcą na bramce stać, to wiemy z podwórka. Trzeba dopieszczać tych młodych chłopaków, aby nie rezygnowali z tej pozycji na boisku. Jest kilku młodych i perspektywicznych graczy w młodszych rocznikach, bo dają oni spore sygnały, że za dwa, trzy lata będą oni stanowili o sile młodzieżowców w GKS-ie. Wiemy, że w Ekstraklasie nie tego przepisu nie ma, ale do tego jest jeszcze daleko. Patrzę na ten Pro Junior System. Widać jak wygląda Lech Poznań czy Zagłębie Lubin. Mają dużą ilość swoich wychowanków. To są ważne rzeczy, że są związani z tym miastem, z tym klubiem i nie można tego unikać. Ja w wieku 16 lat trafiłem do kadry pierwszego zespołu, w wieku 17 lat grałem już w podstawowymi składzie i było bardzo dużo młodych chłopaków. To nie jest recepta na sukces, ale mądrze można coś z tego zrobić.



A.K.: Jak trener podchodzi do tego systemu. Czy nie powinno być odwrotnie, że czym wyższa klasa rozgrywkowa, czym lepsza sytuacja finansowa i organizacyjna klubów to właśnie tam tych młodych zawodników należy wpuszczać na boisko.
- Nie chcę się do tego odnosić, bo nie wiem jak jest dokładnie na Zachodzie. Zauważmy, że w Niemczech na przykład gra bardzo duża ilość młodych chłopaków, wiemy o tym. Różnica szkolenia między Polską, a Niemcami i Zachodem nie jest duża. Jest wielka. Ja jestem za tym 50 na 50 żeby był mus, że młodzieżowcy muszą grać, a druga sprawa to, że kiedyś nie było tego przepisu i naprawdę grało dużo młodych, ponieważ wszyscy się garnęli do piłki, a teraz jest nieco inaczej więc może ten przepis faktycznie coś pomoże i utrzyma to, że ci zawodnicy będą występowali w seniorach. To dla trenerów reprezentacji duży plus co ułatwia im nieco sytuację, bo ci zawodnicy grają. W końcu to PZPN naniósł ten program. Jeśli ma ktoś umiejętności to nie można patrzeć na wiek, po prostu zawodnik wchodzi, gra, promuje się go i wtedy klub z niższej ligi też coś z tego ma. Może nie będzie w stanie utrzymać tego zawodnika za rok, czy za dwa. My mamy teraz swojego Marcina Ryszkę i można o tym głośno mówić, bo to nie jest piłkarz tego typu, że głowa sodowa może mu uderzyć do głowy. Marcin jest typem bardzo pracowitego człowieka, ale on musi ciągle prezentować jakiś poziom. Jeśli będzie nieco słabiej wyglądał to z drugiej strony musimy wiedzieć, że to też młody człowiek, a obciążenia wynikające z treningów czy rozgrywanych spotkań są spore. To jest taka nasza perełka, ale na status wychowanka musi jeszcze rok poczekać i dopiero wtedy pełnoprawnie możemy mówić, że to w pełni nasz młodzieżowiec. To jest przykład dla tych naszych młodych chłopaków, że w tym wieku można już decydować o losach zespołu, bo gra w środku pola z Patrykiem Rachwałem. Z Wigrami większą część meczu zagrał obok drugiego młodzieżowca Patryka Janasika po wymuszonej zmianie i uważam, że w drugiej połowie to oni pokazali zespołowi z I ligi kto rządzi i rozdaje karty w środku pola. To jest bardzo duży plus jeśli chodzi o odbiór szkoleniowy, jak i sportowy, że kibice mogą zauważyć, że młody zawodnik decyduje o tym jak ma wyglądać gra zespołu II-ligowego.

A.K.: Jak trener podsumuje poprzednią rundę w wykonaniu swojej drużyny. Mogło być lepiej, czy wyciśnięto max oraz dlaczego akurat te, a nie inne nazwiska opuściły i przyszły na Sportową 3?
- Runda mogła być na pewno lepsza. Ubolewam nad tym, że było za dużo porażek. Dwie, trzy bardzo mocno bolały. Były dziwne podziały. Albo zagraliśmy bardzo dobrze z przodu, a w obronie zdarzyło nam się parę błędów i strzeliliśmy kilka goli, ale mecz przegraliśmy lub zagraliśmy dobrze w obronie, straciliśmy bramkę po stałym fragmencie gry, a tych akcji w przodzie było sporo.  Wiosna dała dużo do myślenia i sama nakreśliła czego ten zespół potrzebuje, czyli takiej równowagi. Dlatego pewne osoby musiały odejść, bo nie grały równo całej rundy. Ci co tutaj byli podstawowymi zawodnikami musieli zostać. Nie chodziło o to by wymienić cały zespół, ale trzeba było wyeliminować te rzeczy, które były negatywne dla naszej gry i drużyny. W tygodniu wyglądało to różnie, nie do końca byliśmy pewni przed meczami czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Teraz uważam, że jesteśmy zespołem takim, który na coś pracuje, bo to zrozumiałe i jest większa szansa na sukces sportowy właśnie z tymi zawodnikami.

A.K.: Czy wśród tych graczy odchodzących z klubu byli tacy, którzy gdzieś chcieli zostać, ale z różnych względów to nie nastąpiło.
- Byśmy mogli tutaj rozmawiać o Agwanie Papikyanie. Końcówka rundy w jego wykonaniu pod względem zdrowotnym nie była najlepsza. Czasem się zdarzy, że zawodnik nie zdąży wyleczyć jednego urazu i już przytrafia się drugi z powodu pewnych niedociągnięć. Wiemy, że miał on poważną kontuzję kolana. Damian Zieliński i Witold Klocek wykonali dużą robotę jeżeli chodzi o Agwana w tygodniu. Więcej się leczył niż trenował, a grał z musu, ponieważ mieliśmy kadrę jaką mieliśmy pod względem jakości. Nie do końca zdrowy Agwan i tak wyglądał lepiej niż nie jeden zawodnik z formacji ofensywnej . Jeśli mogłem to korzystałem z niego bez większych treningów. Wchodził w końcówce, grał niekiedy w większym wymiarze czasu, ale nie o to chodzi by proces treningowy był zaburzony przez zawodnika i tego nie chciałem jako trener. Mogliśmy zrobić to trochę inaczej, bo był czas na wyleczenie. "Papa" chciał zmienić otoczenie, zmienić ligę. Podjął taką decyzję i nie ukrywam, że dość szybko chciałem to od niego tez usłyszeć i się dowiedziałem dlatego też szukaliśmy zawodnika spoza Unii Europejskiej. Jest dziś Emile Thiakane i czy będzie na lepsze? Zobaczymy. Na pewno jest to inny typ zawodnika i swoje do tego zespołu dołoży.

A.K.: A jak to było z Piotrem Witasikiem, który kilka dni był dosłownie bez kontraktu, nagle przyszedł sparing w trakcie którego z powodu swojego ślubu Piotrek nie mógł zagrać, a za chwilę pojawiła się informacja, że zasilił on szeregi Siarki Tarnobrzeg?
- Tak, tak. Chciałem żeby Piotrek został natomiast myślę, że miał on jakieś obiecanki ze strony managerów, że znajdą mu nie wiadomo co. Załatwili Siarkę. Okej, ale Piotr za długo zwlekał z decyzją i ja nie chciałem czekać. To naprawdę był długi okres czasu. Nawet w trakcie okresu przygotowawczego było blisko podpisania kontraktu, ale nie było takiej stuproentowej chęci, a jeśli ktoś takiej nie ma to ja tym bardziej patrzę na to inaczej. Każdy zawodnik musi być na coś ukierunkowany. Piotrek nie do końca wiedział jeszcze co chce zrobić. Wiadomo, zmienił stan cywilny. Może myślami był też gdzieś indziej. Ja się na niego nie obraziłem i myślę, że on na mnie też. Do końca był ważną postacią tego zespołu. Szkoda, ale to ciągnęło się już za długo, trzeba było to uciąć i myślę, że oddał on dużo zdrowia dla tego klubu. Ja nikomu drogi nie zamykam. Piotrek był pracowity i uczciwy choć miał lepsze i gorsze mecze co zdarza się każdemu. Było widać, ze jest osobą na którą stawiałem i dawałem mu dużo zaufania.

A.K.: Co dalej z Krzysztofem Michalakiem? Dobrze mieć tak doświadczonego zawodnika w drużynie rezerw, który może zawsze pomóc?
- Czy pomóc? To za duże słowo. Chodzi o jedną rzecz. Podjąłem decyzję już wiosną, bo tak naprawdę Mateusz Szymorek miał mecze dobre, ale też bardzo słabe. Poznałem tych zawodników jak reagują po słabszych meczach dlatego nie zdecydował się żeby Mateusz tu był, bo zespół musi wiedzieć jak trzeba reagować. Jest to bardzo fajny i miły chłopak, ale też trzeba patrzeć na inne rzeczy. Krzysiek zagrał w jednym spotkaniu, miał dwa urazy, trzeba było postawić na kogoś innego. Ja nie chce mieć na dziesięciu pozycjach młodzieżowców tylko przynajmniej na dwóch, trzech i obrałem lewą obronę. Na dzień dzisiejszy nie sprawdziło nam się to, bo kontuzja Kamila Szubertowskiego trochę namieszała. Było blisko pozyskania dwóch innych, młodych lewych obrońców, bo nie ma ich ogólnie za dużo. W jednym wyborze zrezygnował zawodnik, w drugim klub dlatego dzisiaj gra Marcin Garuch, natomiast ja podjąłem takie decyzje z końcem maja. Dałem zawodnikom sygnał jak wygląda sprawa. Krzysiek z nami trenował, szukał klubu. Ja nie ukrywam, że także mu w pewnym sensie chciałem pomóc. Było blisko, ale sie nie udało. Ja jeśli podejmuję jakąś decyzję to zdania nie zmieniam. Nie chodzi tylko o Krzyśka, ale i o inne pozycje na boisku żebyśmy nie szukali młodzieżowca w miejsce Garucha, Pietronia, Thiakane, Bartosiaka czy Flaszki, dlatego żeby tych zawodników młodych w przodzie nie było za dużo. Jest lewa obrona, mamy środek pomocy, mamy bramkarza Arka Moczadło, jest na środku obrony Filip Kendzia także te cztery pozycje były głównym celem. Wiadomo są też młodzi Bartek Zieliński, Daniel Chwałowski czy też Przemek Zdybowicz do ataku, który może też grać od boku, ale to są nasi zawodnicy i z zewnątrz już nie sprowadzamy na inne pozycje młodzieżowców. Z Krzyśkiem nie będziemy wracać do tematu. Miał czas żeby znaleźć sobie klub, ma kontrakt co prawda, ale nie ma wpisane, że musi grać o czym zawodnicy przed odejściem na urlopy dobrze wiedzieli.



A.K.: Przyszło sporo zawodników z dobrymi statystykami. Czy trener nie miał w pewnym momencie myśli, że zbyt dużo indywidualności nie będzie dobrym pomysłem. Jak trener podchodzi do tej kwestii?
- Na pewno większość bramek zdobyta przez nich w ubiegłym sezonie nie była z akcji indywidualnych. Nie sprowadziliśmy tutaj ani Messiego, ani Cristiano Ronaldo. Tu dobrą robotę ma zrobić zespół. Wiem jakie bramki oni strzelali. Również zdarzały się gole po akcjach indywidualnych, bo pamiętam jak niekiedy strzelał Piotrek Giel. Nic tutaj nie zmieniamy. Zespół jest najważniejszy, wdrażamy tych zawodników żeby w pewnych akcjach i sytuacjach każdy z nich był groźny, a kto będzie kończył, kto będzie asystował? To jest najmniej ważne. Robimy wszystko by GKS strzelał jak najwięcej bramek. Nie ma zawodnika, który będzie robił tylko akcje indywidualne i kończył je zdobyciem gola. Dotychczasowe mecze pokazuję, że trzy, cztery akcje tworzył inny zawodnik i to świadczy o tym, że będziemy bardzo liczyć na zespołowość.

A.K.: Jak trener ocenia losowanie par 1/16 Pucharu Polski. Rywalem Chojniczanka Chojnice. Czy lepiej teraz trafiać na teoretycznie słabszych rywali, bo jednak nasz przeciwnik to porządny I-ligowiec o czym nie wolno zapominać i po kolei sięgać po całkiem fajne sumy pieniędzy, czy fajniej byłoby zagrać od razu z Legią czy Lechem?
- Zostawiłem to losowi. Co będzie, nikt nie wie. Po treningu poszliśmy od razu do szatni, zobaczyliśmy losowanie jak to w ogóle wygląda, bo szczerze powiem, że już dawno nie patrzyłem na to, a dopiero dowiadywałem się z kim mój zespół zagra po całej ceremoni. Przyjmujemy to spokojnie. Wiemy, że z roku na rok Chojniczanka jest coraz solidniejszym zespołem. To jest dobry rywal, który potrafi grać dobrze w piłkę. Ta konfrontacja wyjdzie nam jedynie na plus, ale my naprawdę podchodzimy do tego bardzo solidnie i będziemy jako Bełchatów chcieli zrobić niespodziankę, bo wyeliminowanie Chojnic e w 1/16 to będzie właśnie niespodzianka. Jak to się potoczy? Będziemy martwić się za kilkanaście dni. To może być dobrze przetarcie przed kolejnym ligowym meczem. Gramy o pełną pulę, o przejście do następnej rundy i dodatkowe pieniądze dla klubu.

A.K.: To również mały kroczek w przód. Wyeliminowaliśmy Wigry, które były w ubiegłym sezonie w środku tabeli. Teraz czas na Chojniczankę, która biła się o awans. To będzie chyba duża wartość dla zawodników, trenerów i całego klubu, a przede wszystkim ważne jest to, że nie musimy pokonywać dodatkowych kilometrów w trakcie tygodnia pomiędzy spotkaniami ligowymi?
- Tak, dokładnie. Podkresliłem to w ostatnim wywiadzie. Ważne, że nie musimy jechać kilkaset kilometrów dodatkowo. Fakt, że Bełchatów jest fajnie położony, nie ma tych dalekich wyjazdów dużo, ale różnie można było trafić. Z drugiej strony jeśli trafilibyśmy jakieś większe firmy jak Legię, Lecha czy Lechię. Ja myślę, że to też byłoby dobre, choć mówię, że w tej edycji jeszcze możemy na nich trafić i będziemy robić wszystko żeby tak się stało.

A.K.: Jakie cele na ligę? Mam wrażenie, że niektórzy obawiają się chyba odpowiedzialności za te słowa oprócz Piotrka Giela. Jeśli wszystko pójdzie po myśli, bo zespół mamy jeden z lepszych w lidze to w przypadku walki o awans jeśli tego nie wywalczymy to gdzieś ten zawód wsród kibiców będzie.
- Zawodnicy, którzy przyszli są głodni gry w piłkę, wygrywania meczów. Większość tych piłkarzy znałem w pewnym stopniu z innych klubów. Wiem jakimi są ludźmi na boisku jak i w szatni. W 80% udało się tych zawodników pościągać, poprzeczka zawieszona jest wysoko. Chcemy grać o najwyższe cele, a co nim jest każdy dobrze wie. Każdy zaje sobie sprawę jaka jest piłka. Znamy tą ligę, bo samo się to nie zrobi. Nieco to będzie takie motto na najbliższą rundę. Mniej mówmy, a więcej róbmy. Zimą będziemy się martwić co dalej.

A.K.: Jakie drużyny zdaniem trenera mogą z nami o ten awans rywalizować. Mecze z którymi zespołami będą okrzyknięte mianem hitu kolejki?
- Ta liga na pewno będzie pełna niespodzianek. Nie wiem jak Garbarnia, nie wiem jak Jastrzębie. Te zespoły kiedyś grały wyżej i one chcą wrócić. Są spadkowicze: Wisła Puławy, Znicz Pruszków. Jest Radomiak głodny awansu po ostatnich barażach z Bytovią. To zespoły, które walczyć będą o najwyższe cele. Znajdzie się też jeden, bądź drugi rodzynek, który będzie urywał punkty, a jeśli to się robi to można zaistnieć w tabeli. Podobnie jak rok temu w Odrze Opole, beniaminiku II ligi nikt o awansie nie myślał, a nagle stali się jednym z faworytów od początku rozgrywek i teraz rozpoczynają rywalizację w I lidze.



A.K.: Odczuł pan fizycznie i psychicznie podwójną rolę trenera jak i dyrektora sportowego w klubie?
- Jeśli jest dobra współpraca, a jest dyrektor w klubie to na pewno to ułatwia zadanie i pracę. Można się więcej skupić na tym co gdzieś między palcami może uciec. Niestety trzeba zajmować się telefonami, odbierać je, porozmawiać, bo kultura tego wymaga. To zabiera dużo czasu. Każdy chce tutaj swojego zawodnika dostarczyć by był w zespole GKS-u i tego było ostatnio sporo. Po pierwszych dwóch, trzech nazwiskach było głośno, że Bełchatów się zbroi i był taki moment dwóch tygodni kiedy było gorąco. Jestem od tego, aby razem z prezesem omawiać i działać. Dlatego każdego zawodnika  przedstawiałem  nie tylko pod względem statystyk, ale pod względem gry, zachowań, typu człowieka oraz jaki jest w szatni. W krótkim opisie przeważnie  prezes to przyjmował do wiadomośći  i wtedy podejmowaliśmy decyzję. Nie mamy dyrektora sportowego ale dajemy radę. Runda oceni jak to wyszło.

A.K.: W sferze prywatnej.  W większości klubów pracował pan blisko domu, teraz jest nieco większa odległość i jak trener łączy sprawy rodzinne z pracą?
- No fakt, wygląda to inaczej. Rodzina jest w Gdańsku, ja jestem tutaj na miejscu, natomiast ja przyjechałem do pracy. Dziś tak świat wygląda. W dawniejszych czasach miało się częściej pracę na miejscu. Każdy był zdziwiony kiedy ktoś wyjeżdżał do pracy za granicę. Dziś jest to normalne. Wszyscy włącznie z rodzicami chcieliby, aby ich dzieci były w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii i były najlepszymi informatykami czy bankowcami. Teraz nie patrzy się na odległość, a na stanowisko. Ja też mam rodzinę, muszę o nią zadbać i nie możemy patrzeć czy to 50 kilometrów jak do Wejherowa, czy 400 jak do Bełchatowa. Robię to co lubię. Uważam, że na daną chwilę spełnia to moje oczekiwania, a najważniejsza żeby moja praca spełniała pracodawców i wszystkich ludzi związanych z tym zawodem. Ważny jest sztab szkoleniowy. Tutaj to funkcjonuje dobrze. Ta praca idzie nam dzięki temu zdeycdowanie łatwiej. Polegam na tych ludziach i również odczuwa to zespół. Nie jesteśmy tutaj tylko po to by być trenerami. Każdy wie co ma zrobić. Ja, Kacper Jędrychowski jak i trenerzy bramkarzy. Kacper ma sporo wolnego ode mnie, wie co ma robić, od początku sobie wszystko wyjaśniliśmy, przedstawiliśmy i ta praca jest wdrożona. Wiemy co chcemy i nasze spojrzenie na to wszystko jest podobne.

A.K.: Właśnie. Chiałbym zapytać o drugiego trenera. Nie decydował się pan na swojego człowieka, a wybrał pan rodowitego bełchatowianina Kacpra Jędrychowskiego. Dlaczego?
- Nie musiałbym wracać do historii, ale w pierwszej pracy spotkałem się z ludźmi z zewnątrz. Nie wzbudzili oni mojego zaufania, a wręcz odwrotnie, robili oni wszystko bym był jak najkrócej i to mnie wiele nauczyło. Staram się teraz ludzi poznawać i dać każdemu jakąś możliwość wykazania się, sprawdzenia. Tak było z Kacprem, tego nie ukrywam. Wiem, że przychodzą najczęściej do klubu razem całe sztaby, ale tutaj było nieco inaczej. Został Kacper a klub chciał przede wszystkim, aby trenerem bramkarzy był ktoś stąd, związany z Bełchatowem. Ja to zaakceptowałem, dając pewien czas na poznanie ludzi. Musimy iść jedną drogą. Dość szybko Kacper i Sebastian mnie przekonali. Akurat w przypadku Sebastiana wyszło tak, a nie inaczej. Kontuzja. Zastąpił go Paweł Rompa, który jest nie tylko dobrym trenerem bramkarzy, ale i fizjologiem, co pomogło nam bardzo w tych letnich przygotowaniach do sezonu. Zupełnie inaczej nam się tutaj pracuje z kimś kto potrafi łączyć dwie funkcje, dające korzyści wszystkim.  Dziś uważam ten sztab, który jest za zaufany i uważam, że można z nimi pracować w tym klubie.

A.K.: Kadra została już zamknięta?
- Myślę, że w 95% tak, ale te kilka procent zostawiamy w przypadku gdyby jeszcze jakiś jeden, dwóch zawodników miało dołączyć. Mamy czas do końca sierpnia. Zobaczymy czy czegoś brakuje, czy czegoś potrzeba. Być może jakiś zawodnik z młodzieżowych reprezentacji Polski, bo jestem jak najbardziej za tym żeby w kadrze był jeden czy dwóch takich graczy. Wiem, że wyjady na zgrupowania często kolidują z ligowymi zmaganiami, ale jestem jak najbardziej za. Na dzień dzisiejszy o seniorów grających w kadrach narodowych ciężko, choć wiemy, że zza granicy też się tacy zdarzają dlatego zobaczymy.

A.K.: Jak ocenia trener współpracę na linii klub-sztab szkoleniowy-kibice. Było spotkanie, ten dialog między wami układa się chyba całkiem nieźle?
- Na pewno nie mogłem się wypowiedzieć na temat wsparcia kibiców w poprzednich latach, czy jesienią. Wiem co było wiosną i mogłem jedynie dowiedzieć się od kogoś jak to bywało wcześniej. To wsparcie jest ważne. Czuliśmy je na GIEKSA Arenie, czy w innym miejscu Polski. Zawsze czuliśmy obecność kibiców GKS-u. Zawodnicy czuli wsparcie, dlatego duży szacunek za to. Wierzymy, że tak będzie również i teraz. Oni podchodzą do tego poważnie, bo nie są tylko wtedy kiedy jest sukces, ale także można ich spotkać i z nimi porozmawiać kiedy jest nieco gorzej i czegoś nie ma. Są zawsze i nawet po rozmowach z niektórymi z nich czuć często wsparcie. Dzisiaj Bełchatów jest wzorem jeśli chodzi o kibiców. Wiem, że wyzywanie się zdarza na stadionach, ale wszystko musi mieć sens, aby coś takiego miało miejsce. My dążymy do tego by się spotykać, rozmawiać czy po meczach wygranych, czy po przegranych, bo takie się zdarzają. Chodzi o to byśmy mieli jeden wspólny cel. My gramy o zwycięstwa, bo one same łatwo nie przyjdą, ale wspólnie na pewno możemy więcej.


fot. GKS Bełchatów / Adrian Mielczarski

Artykuł dodał: Adam Kieruzel

 

<< powrót do wszystkich aktualności

social icon social icon social icon social icon
Projektowanie stron internetowych Master-NET | Polityka prywatności | 113137 odwiedzin